W 2025 r. Polska zarobiła 16,1 mld zł na sprzedaży uprawnień do emisji CO2 w ramach unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji (EU ETS). Jak ustalił „Parkiet”, powołując się na informacje Ministerstwa Klimatu i Środowiska, środki te wsparły m.in. budowę elektrowni jądrowej, Centralny Port Komunikacyjny oraz projekt polskiego samochodu elektrycznego.

Ten sam system ma jednak drugą stronę. W ubiegłym roku cztery największe polskie spółki energetyczne – Orlen, PGE, Enea i Tauron – zapłaciły za uprawnienia blisko 31 mld zł. W Brukseli trwa walka o to, by to obciążenie zmniejszyć.

„Tempo nie do utrzymania”

Wiceminister klimatu i środowiska Krzysztof Bolesta nie ukrywa krytycznego stosunku do obecnego tempa unijnej dekarbonizacji. „Tempo, w jakim UE zmusza europejski przemysł do redukcji emisji CO2, jest po prostu nie do utrzymania” – mówi w rozmowie z „Parkietem”. Jego zdaniem unijne standardy środowiskowe mogą doprowadzić do utraty sektora przemysłowego w kilku branżach naraz.

Wiceminister przypomina, że Komisja Europejska 17 lipca pokazała propozycje zmian w ETS. Państwa członkowskie zgłosiły do nich prawie 280 stron pytań. Według Bolesty szczegóły tych propozycji nie zaostrzają unijnych ambicji, tylko je luzują. Chodzi m.in. o współczynnik redukcji liniowej (LRF), czyli stały roczny wskaźnik zmniejszający liczbę uprawnień. Dziś wynosi on 4,4 proc.; Komisja zaproponowała jego obniżenie. KE chce też więcej bezpłatnych pozwoleń dla części sektorów i złagodzenia zasad dla firm objętych mechanizmem granicznym CBAM.

W pakiecie znalazły się również nowy fundusz wsparcia Investment Booster oraz przedłużenie działania Funduszu Modernizacyjnego, z którego Polska jest największym beneficjentem. Mimo to Warszawa uznaje propozycje za niewystarczające.

Co dalej z cenami CO2?

Obecnie system ETS kończy się w okolicach 2040 r.; propozycja KE wydłuża ten horyzont o ok. 10 lat. Dla polskiego rządu to wciąż za mało. Bolesta wskazuje, że w tym roku dramatycznie zaostrzają się tzw. wskaźniki emisyjne (benchmarki), które decydują o puli darmowych uprawnień. To oznacza mniej bezpłatnych pozwoleń i konieczność dokupienia większej liczby uprawnień na rynku.

Polska przekonała KE, by część wskaźników trafiła do odrębnego projektu obok głównej rewizji ETS. Jak mówi wiceminister, projekt został już uzgodniony w Radzie, a prace nad nim mają zakończyć się w tym roku. Jeśli zmiany wejdą w życie, wskaźniki mogą być łagodniejsze, a firmy – dostać dodatkowe uprawnienia z datą wsteczną w formie wyrównania.

Elektrownie jako rezerwa i spór o ETS2

Sektor elektroenergetyczny ma własny pomysł na obniżenie kosztów: chodzi o zwolnienie części elektrowni węglowych i gazowych z obowiązku kupowania uprawnień, pod warunkiem że będą pracować nie dłużej niż 1500 godzin w roku i pełnić rolę rezerwy stabilizującej system. Bolesta przyznaje, że to bardzo trudne, bo wymagałoby zmiany całego unijnego rynku energii i zbudowania szerokiej koalicji. Na razie nie udało się pozyskać sojuszników nawet w Grupie Wyszehradzkiej.

Coraz więcej krajów chce też zmian w mechanizmie merit order, który obecnie faworyzuje OZE i blokuje dostęp do rynku stabilnym źródłom, takim jak atom. KE na razie nie widzi potrzeby zmian na rynku energii.

Osobny front to ETS2. Wiceminister przypomina, że w zeszłym roku Polska wywalczyła przesunięcie wejścia w życie tego systemu o rok. Teraz, razem z Włochami, udało się zmontować koalicję państw, które podpisały niewiążący dokument wskazujący na potrzebę zmian. Polska zasygnalizowała już prezydencji irlandzkiej, że chce rozmawiać o ETS2 i będzie pilnować, by poprawki trafiły na posiedzenie Rady UE podczas prac nad rewizją ETS.

Bolesta podkreśla też, że Polska jest de facto płatnikiem netto systemu ETS, a ponad 70 proc. eksportu towarów z Polski trafia do innych państw UE. Jego zdaniem rewizja ETS to okazja, by polityka klimatyczna stała się akceptowalna dla europejskiego przemysłu i energetyki.