Czy europejski myśliwiec przyszłości ma jeszcze szansę? Projekt wart setki miliardów euro, który miał zjednoczyć kontynent w dziedzinie obronności, znalazł się w śmiertelnym impasie. Ale Berlin i Paryż nie poddają się bez walki – sięgnęli właśnie po ciężką artylerię w postaci mediatorów.

Ostatnia próba ratowania giganta

Rząd Niemiec wyznaczył do misji ratunkowej Franza Hauna, byłego szefa producenta czołgów KMW (obecnie KNDS Deutschland). Według „Spiegla” uchodzi on za jednego z najbardziej doświadczonych menedżerów w branży obronnej. To on ma, dzięki doświadczeniu we współpracy niemiecko-francuskiej, uratować projekt FCAS dla kanclerza Merza.

Równolegle prezydent Francji Emmanuel Macron wyznaczył do tej samej misji Laurenta Collet-Billona, byłego szefa Francuskiej Dyrekcji Generalnej ds. Uzbrojenia (DGA). Tutaj pojawia się ciekawy szczegół – Collet-Billon i Haun dobrze się znają i współpracowali przy fuzji francuskiego Nextera i niemieckiego KMW.

Zdaniem tygodnika sięgnięcie po mediatorów pokazuje bezsilność rządów Niemiec i Francji wobec narastającego impasu.

A zegar tyka. Według rządu RFN decyzja o przyszłości projektu ma zapaść najpóźniej do końca kwietnia. Dlaczego ten termin jest tak kluczowy? Chodzi o prace nad niemieckim budżetem na rok 2027, w którym należy określić finansowanie programu.

O co właściwie walczą?

FCAS, czyli Future Combat Air System, to nie jest zwykły samolot. To planowany system bojowy nowej generacji, który miałby zastąpić od 2040 roku używane przez Niemcy myśliwce Eurofighter i francuskie Rafale.

Ale tu jest haczyk – projekt, którego koszt szacuje się na setki miliardów euro, zakłada współdziałanie myśliwca z dronami i siecią dowodzenia typu combat cloud. To technologiczny skok, który wymaga bezprecedensowej współpracy.

I właśnie tutaj leży pies pogrzebany. Projekt od lat napotyka na trudności z powodu sporów między koncernami: francuskim Dassault i niemieckim Airbusem, który reprezentuje też trzeciego partnera – hiszpańską Indrę.

Konflikt jest gorący. Szef Dassault, Eric Trappier, domaga się dominującej roli przy budowie myśliwca i przejęcia większości prac, zarzucając Airbusowi blokowanie projektu. Z kolei Airbus nalega na utrzymanie uzgodnionego, bardziej zrównoważonego podziału zadań. Spór dotyczy m.in. podziału prac i praw do wykorzystania innowacji technologicznych.

Polityczna gra o wszystko

Rządy w Berlinie i Paryżu wielokrotnie musiały rozstrzygać spory dotyczące podziału zadań. Do tej pory udało się uzgodnić niewiele. Zasadniczo uzgodniono jedynie, że Dassault przejmie ogólne kierownictwo nad projektem myśliwca.

Ale w polityce nic nie dzieje się za darmo. W zamian strona niemiecka miała zachować przewagę w pracach nad nowym niemiecko-francuskim czołgiem bojowym – jak donosi „Spiegel”.

Co się stanie, jeśli mediatorzy zawiodą? Scenariusz jest jasny. Jeśli mediatorzy nie doprowadzą do porozumienia, prawdopodobnie dojdzie do samodzielnego działania Francji.

Francja mogłaby samodzielnie opracować następcę Rafale, a Niemcy poszukać własnego rozwiązania lub opracować samolot bojowy wspólnie z innymi europejskimi partnerami. Co ciekawe, część elementów FCAS, takich jak drony i systemy sieciowe, mogłaby być dalej rozwijana wspólnie przez Francję i Niemcy.

Dlaczego to takie ważne?

Ewentualne niepowodzenie projektu FCAS byłoby poważnym ciosem dla wysiłków zmierzających do uniezależnienia się od Stanów Zjednoczonych w dziedzinie obronności. To nie jest tylko kwestia budowy samolotu – to test europejskiej solidarności i zdolności do realizacji wspólnych, strategicznych projektów.

Teraz wszystko w rękach dwóch doświadczonych mediatorów. Mają miesiąc, by pogodzić interesy gigantów zbrojeniowych i uratować wizję europejskiej obronności przyszłości. Stawka nie mogła być wyższa.