Tegoroczne lato zmieniło podejście do informacji poufnych na polskim rynku kapitałowym. Jak zauważa komentarz w Parkiecie, sama nazwa zaczęła wreszcie odpowiadać rzeczywistości. Do tej pory, mimo że mówiło się o „poufności”, chodziło tak naprawdę o dane do jak najszybszego opublikowania. Teraz, przynajmniej w części przypadków, firmy mają je otaczać ochroną zamiast od razu ujawniać.

Zmiany w rozporządzeniu MAR wchodziły w życie stopniowo w trakcie lata. Najważniejsza nowość to formalna możliwość opóźniania publikacji informacji poufnej. Nowe przepisy zrezygnowały z wymogu raportowania po każdym istotnym etapie wieloetapowego procesu – wystarczy komunikat o wydarzeniu, które go zamyka. Jak tłumaczy komentator Parkietu, wcześniejsza konieczność publikowania kolejnych etapów bywała realnym utrudnieniem, szczególnie podczas negocjacji ważnych kontraktów. Dochodził do tego brak bezpiecznej ścieżki odroczenia publikacji. Nowelizacja miała sprawić, by nadmierne obowiązki informacyjne nie pomniejszały korzyści, jakie mogą osiągnąć inwestorzy, i nie utrudniały notowanym firmom rywalizacji z podmiotami spoza giełdy.

Od natychmiastowej publikacji do ochrony

W praktyce firmy niemal zawsze publikowały poufne dane szybko po ich rozpoznaniu. Listy insiderów w praktyce niewiele wnosiły – spółki je prowadziły, bo musiały, a ryzyko wykorzystania poufnej informacji było ograniczone w czasie. Komentator spodziewa się, że teraz będzie to działać odwrotnie: spółki będą chciały utrzymać ważne informacje w tajemnicy jak najdłużej, aby w ten sposób zarobić jak najwięcej dla inwestorów. To z kolei sprawia, że procedury identyfikacji, obiegu i ochrony informacji poufnych nabierają realnego znaczenia.

Autor tekstu podkreśla jednak, że nawet najlepsze procedury nie usuwają ryzyk, które wiążą się z samym faktem posiadania informacji poufnej. W przestrzeni publicznej mogą się pojawić publikacje dotyczące chronionej informacji – mogą to być plotki, próby sondowania tematu albo rzeczywiste wycieki. Rozróżnienie tych sytuacji bywa niezwykle trudne. Warto sprawdzić, czy dane, które trafiły do opinii publicznej, są na tyle precyzyjne, że mogły wyjść od kogoś z dostępem do chronionych informacji, oraz jak duże jest zaufanie do procedur i osób mających do nich dostęp. Nawet gdy publikowane treści są zbieżne z chronionymi danymi, mogła to być wyłącznie zbieżność wyobraźni i przypadku.

Kluczowe staje się więc monitorowanie rynkowego otoczenia spółki, by ocenić skalę potencjalnych szkód dla inwestorów i emitenta. Gdy publikacje poważnie wpływają na kurs i obroty, trzeba zacząć działać. Zdaniem komentatora oznacza to, że racjonalny inwestor uznał pojawiające się informacje za wystarczająco precyzyjne, by podjąć decyzję inwestycyjną. Duża skala transakcji może przy tym przełożyć się na niezadowolenie: jeśli informacja się potwierdzi, inwestorzy będą mieć pretensje, że spółka pozwoliła na wykorzystanie poufnych danych; jeśli się nie potwierdzi – że dopuściła do manipulowania kursem.

Mniej formalności, lżejszy rynek

W innym tekście Parkietu, zatytułowanym „Przyszłość finansów”, mowa o szerszych zmianach w otoczeniu regulacyjnym. Kolejne emisje zostały zwolnione z wymogu prospektu na mocy Listing Act, a zakres raportów okresowych ma być ograniczany. Regulator tłumaczy to mniejszym ciężarem i kosztami dla firm.

Elżbieta Bujniewicz-Belka, przewodnicząca rady nadzorczej SEG, członek zarządu i CFO Wirtualnej Polski Holding, ocenia w tym materiale, że na zmianach korzysta również inwestor. „Dziś płaci dwa razy: raz za wytworzenie danych, których nie potrzebuje, a drugi raz tym, co spółka traci wskutek nadmiernej otwartości wobec konkurencji” – ocenia Bujniewicz-Belka.

Parkiet zwraca uwagę, że mniejsza liczba formalności nie musi przekładać się na większą pewność: liczby trafiające do dokumentów powstają w kilku narzędziach naraz, a człowiek przelicza ich coraz mniej. W tym samym tekście Energa posłużyła jako przykład skali zmian: podwyższenie kapitału o 67 proc. wymagało w tym roku dokumentacji liczącej kilkanaście stron zamiast kilkuset. Według Parkietu pięć lat wcześniej ta sama operacja oznaczałaby pół roku pracy.