Światowa gospodarka stoi przed nowym wyzwaniem – ostrzega OECD. Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju w swoim najnowszym, czerwcowym raporcie zdecydowanie obniżyła prognozy wzrostu. A wszystko przez wojnę na Bliskim Wschodzie, która wymknęła się spod kontroli.

Powód? Szok podażowy na rynku energii. Konflikt się przedłuża, a zablokowana Cieśnina Ormuz zakłóca kluczowe szlaki transportowe. Ceny energii, już i tak wysokie, nie zamierzają spadać. To prosta droga do spowolnienia wzrostu i przykręcenia inflacyjnej śruby. Niektórym krajom grozi nawet… recesja.

Globalne prognozy na ostrzu noża

Organizacja przedstawia dwa scenariusze – w zależności od tego, jak długo potrwają zakłócenia. Jeśli będą „ograniczone czasowo” i ceny energii zaczną spadać od połowy roku, globalny wzrost PKB w 2006 roku wyniesie 2,8 proc. (wcześniej prognozowano 2,9 proc.). A w 2007 roku dynamika mogłaby odbić do 3,1 proc.

Ale jest też scenariusz pesymistyczny. Jeśli perturbacje utrzymają się do 2007 roku, tegoroczny wzrost może spaść aż do 2,1 proc., a przyszłoroczny do 1,7 proc. OECD ostrzega: „Skutki ekonomiczne tego konfliktu będą prawdopodobnie odczuwalne przez pewien czas, nawet po jego zakończeniu”.

Gdyby blokada utrzymała się do końca roku, wzrost gospodarczy na świecie w 2007 r. może spowolnić do 1,8 proc. To oznaczałoby najsłabszy wzrost od 2009 roku, nie licząc kryzysu pandemicznego – podkreśla raport.

Jak podają źródła, w ciągu ostatnich tygodni wojna już zdążyła mocno namieszać na rynkach: cena gazu ziemnego w Azji wzrosła o 80 proc., w Europie o 43,2 proc., ropa naftowa podrożała o 37,9 proc., a pszenica o 6,6 proc..

A jak wyglądamy my? Polska w raporcie OECD

Polska, jak na tle tych mrocznych prognoz, wypada całkiem nieźle. Ale nie jest to bezkrytyczny optymizm.

OECD prognozuje dla nas wzrost PKB na poziomie 3,0 proc. w 2006 roku i 2,7 proc. w roku następnym. To oznacza lekkie przycięcie wstępnych oczekiwań – jeszcze w grudniu 2005 roku organizacja zakładała, że w tym roku urośniemy o 3,4 proc.

Tutaj pojawia się kluczowy punkt: ekonomiści OECD drastycznie obniżyli prognozę dynamiki inwestycji w Polsce. Z wcześniejszych 11,7 proc. spadła ona do zaledwie 7,0 proc. Dlaczego? Zdaniem analityków, w tym roku dojdzie do szczytu inwestycji finansowanych z funduszy UE, co wyczerpie główne „paliwo wzrostu”. Do tego dochodzi wyższy niż zakładano koszt pieniądza, który zniechęci firmy do inwestowania na kredyt.

Na pocieszenie warto dodać, że według parkiet.com większość krajowych analityków jest bardziej optymistyczna i spodziewa się wzrostu w granicach 3,4-3,6 proc.

Zapasy paliw: 123 dni i co dalej?

Najbardziej palącym problemem, który wyłania się z raportu, jest jednak nie wzrost PKB, a stan strategicznych rezerw.

Według obliczeń OECD, przy całkowitym odcięciu dostaw, rezerwy ropy i paliw w Polsce starczyłyby na 123 dni konsumpcji. Minimalny poziom bezpieczeństwa określony przez Międzynarodową Agencję Energetyczną (IEA) to 90 dni – więc formalnie wymóg spełniamy.

Ale jest pewien haczyk. Nasz margines bezpieczeństwa nie jest szczególnie duży. Dla porównania: Holandia ma rezerwy na 526 dni, a Dania na 381. Z globalnego rynku zniknęło już ok. 12,8 mln baryłek ropy dziennie, czyli 12 proc. światowego zużycia.

Co to oznacza dla przeciętnego Polaka? Mamy bufory wystarczające na krótki wstrząs, ale nie na długotrwałą wojnę na wyczerpanie. Jeśli konflikt się przedłuży, a rząd nadal będzie mroził ceny na stacjach, rezerwy będą topnieć w zastraszającym tempie.

Cena paliwa to nie tylko koszt — to sygnał. Gdy ropa drożeje, konsumenci i firmy dostają informację: jest niedobór, trzeba oszczędzać. Mrożąc ceny paliw, rząd ten sygnał zagłusza – zauważają analitycy.

OECD jasno daje do zrozumienia: światowa gospodarka stoi na rozdrożu. Polska ma szansę utrzymać się powyżej średniej, ale kluczowe będzie, jak poradzimy sobie z nową, energetyczną rzeczywistością. I czy nasze strategiczne rezerwy wytrzymają próbę czasu.