Kiedy Donald Tusk i Adam Glapiński grają w polityczną sztafetę, główną nagrodą może okazać się stabilność polskiego pieniądza. Decyzja premiera, by nie podpisać czterech kluczowych nominacji do zarządu Narodowego Banku Polskiego, postawiła całą instytucję w niebezpiecznej sytuacji. Czy to tylko kłótnia o stanowiska, czy początek kryzysu na miarę Trybunału Konstytucyjnego?

Co dokładnie się stało?

Premier Donald Tusk zwrócił bez kontrasygnaty postanowienia prezydenta dotyczące powołania czterech osób do zarządu NBP. Chodzi o profesor Martę Kightley, Ludwika Koteckiego, Przemysława Litwiniuka i Marcina Zarzeckiego. Wszystkie nominacje wróciły do Kancelarii Prezydenta.

„Prezes Rady Ministrów zwrócił bez kontrasygnaty postanowienia Prezydenta RP dotyczące powołania członków Zarządu Narodowego Banku Polskiego” – poinformował w komunikacie NBP, co potwierdza portal Parkiet.

Tym samym potwierdziły się doniesienia, że Kightley – do marca pierwsza wiceprezes NBP – nie wróci do banku centralnego. Co ciekawe, Kotecki i Litwiniuk zasiadają obecnie w Radzie Polityki Pieniężnej, a Zarzecki również jest jej członkiem z „nadania” prezydenta.

Zarząd na skraju minimum

To nie jest abstrakcyjny problem kadrowy. W zarządzie NBP zasiada obecnie sześcioro członków, obok prezesa. Zgodnie z ustawą o NBP, to absolutne minimum. Ustawa mówi o 6-8 członkach, nie licząc prezesa.

A tu czeka nas kolejna rotacja. Na początku listopada wygasa kadencja obecnego wiceprezesa Adama Lipińskiego, a z końcem roku – Marty Gajęckiej. Kotecki miał wejść do zarządu w miejsce Piotra Pogonowskiego (którego kadencja skończyła się w lutym), Litwiniuk – zamiast Lipińskiego, a Zarzecki po upływie kadencji Gajęckiej.

„Polski SAFE 0 proc.” – punkt zwrotny

Według analityków z podcastu Business Insidera Biznes i Pieniądze, kluczowym momentem, który przekreślił szanse na kompromis, była wspólna gra prezydenta i prezesa NBP.

Chodzi o koncepcję „polskiego SAFE 0 proc.” – alternatywę dla unijnego programu finansowania zbrojeń, w której miałyby zostać wykorzystane rezerwy złota NBP lub zyski z ich wzrostu wartości. Na początku marca mówiono o niezrealizowanym zysku na poziomie prawie 200 mld zł (pod koniec kwietnia było to około 160 mld zł).

„Moim zdaniem Adam Glapiński wiedział, idząc na konferencję z prezydentem, że w tym momencie przegrywa wszystko” – mówi Bartek Godusławski z Business Insidera. „Po czymś takim jakikolwiek deal z rządem, który wcześniej był na wyciągnięcie ręki, ta cała układanka czterech nazwisk do zarządu NBP, przestała być dla premiera do podpisania” – dodaje.

Groźba paraliżu najważniejszej instytucji

Dziennikarze ostrzegają, że sytuacja zaczyna przypominać scenariusz z Trybunałem Konstytucyjnym – instytucją wciągniętą w długotrwały spór o legalność i uznawalność decyzji.

„Nie wiemy, czy niepełny zarząd będzie mógł podejmować decyzje, czy te decyzje będą uznawane, czy w ogóle będzie to nadal zarząd” – mówi Grzegorz Kowalczyk. A stawka jest ogromna, bo zarząd to najważniejszy organ wykonawczy banku centralnego, a nie tylko ozdoba. Prezes w wielu sprawach musi mieć jego zgodę.

Na konflikt nakłada się też otwarta sprawa w Sejmie – postępowanie dotyczące możliwości postawienia Adama Glapińskiego przed Trybunałem Stanu.

Ostatni dzwonek od Europy?

W całym tym sporze pojawia się jednak potencjalny arbiter, dla którego kluczowa jest nie osoba, ale zasada: Europejski Bank Centralny. Dla EBC fundamentalna jest niezależność banków centralnych.

„Wystarczyłoby jedno krótkie pismo prezes Europejskiego Banku Centralnego. Christine Lagarde nie będzie broniła Adama Glapińskiego jako osoby. Dla niej znaczenie mają reguły obowiązujące w Unii Europejskiej, dotyczące banków centralnych jako instytucji stojących na straży stabilności cen” – wskazuje Godusławski.

Historia pokazuje, że w sytuacjach kryzysowych reputacja instytucji bywa ważniejsza niż personalne ambicje. W Niemczech, gdy politycy naciskali na bank centralny, jego prezesi nie szli na wojnę, tylko rezygnowali, uznając, że dla dobra instytucji trzeba ustąpić.

Czy podobny scenariusz czeka Warszawę? Na razie zarząd NBP funkcjonuje na granicy prawnego minimum, a polityczny spółdzielczy wóz ugrzązł w głębokim politycznym błocie. Czasu na kompromis jest coraz mniej.