Czy polityka klimatyczna Unii Europejskiej jest dla Polski zbyt droga? Czy też może to rezygnacja z niej okaże się jeszcze kosztowniejsza? Prezydent Karol Nawrocki złożył w Senacie wniosek o przeprowadzenie ogólnokrajowego referendum w tej sprawie. Data głosowania jest już proponowana – 27 września. Propozycja od samego początku wzbudza ogromne emocje i ściera skrajne opinie ekspertów.

Właśnie padło konkretne, jednoznaczne pytanie, które ma trafić do urn. Jego treść już teraz wywołuje burzę. O co dokładnie chodzi i jaki jest prawdziwy cel tej inicjatywy?

Pytanie, które dzieli

Prezydenckie pytanie referendalne brzmi: „Czy jest Pan/Pani za realizacją unijnej polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?”. Od momentu publikacji jest ono krytykowane za tendencyjność i sugerowanie „właściwej” odpowiedzi.

W otoczeniu głowy państwa słyszymy jednak, że tak ostre postawienie sprawy było konieczne – mówi Business Insiderowi osoba związana z Pałacem Prezydenckim. – Ludzie punktowo słyszeli o niektórych [dyrektywach], ale bez mocnego komunikatu całość tych faktów się nie przebije.

Uzasadnienie wniosku przekonuje, że unijny kurs na neutralność klimatyczną „dotyka praktycznie wszystkich obywateli Rzeczypospolitej Polskiej”. Wymienia się tu gospodarstwa domowe, które mają płacić więcej za ogrzewanie i transport w ramach systemu ETS2, właścicieli nieruchomości zmuszonych do termomodernizacji, rolników oraz pracowników branż energochłonnych.

Gigantyczne koszty czy gigantyczne straty? Dwa oblicza debaty

Strona prezydencka nie owija w bawełnę swoich argumentów. Powołuje się na wyliczenia, według których koszt wdrożenia polityki klimatycznej dla Polski w ciągu najbliższych 14 lat ma wynieść 3,5 bln zł. To średnio 6 proc. PKB rocznie. Za każdy dodatkowy procent redukcji emisji do 2040 roku mielibyśmy płacić – według tych danych – 57 mld zł więcej.

Jesteśmy głęboko przekonani, że nas na to nie stać – mówi ekspert z kręgu Karola Nawrockiego. – Politycy, urzędnicy, ale i przedstawiciele biznesu w kuluarach wypowiadają się o unijnej polityce klimatycznej dużo ostrzej niż publicznie. Ktoś musi podnieść flagę.

Prezydenccy doradcy wskazują też na globalny kontekst: UE odpowiada za jedynie 6 proc. światowych emisji gazów cieplarnianych, podczas gdy reszta świata je zwiększa. Przykład? Emisje w Chinach od 1990 roku wzrosły o ponad 318 proc., a w Indiach – o ponad 223 proc.

Ale nie wszyscy zgadzają się z tą narracją. Barbara Rogala z Instytutu Zrównoważonej Gospodarki ocenia pytanie referendalne jako „nieuczciwe intelektualnie”.

Bardzo skomplikowane, złożone i dotyczące wielu obszarów naszego życia problemy zostają sprowadzone do jednego hasła, a polityka klimatyczna staje się kozłem ofiarnym – mówi Rogala. – Wysokie ceny energii w dużej mierze wynikają z kryzysów, które nie mają nic wspólnego z dążeniami do ograniczania emisji.

Przypomina też o kosztach braku działania. W rekordowych latach koszty suszy w Polsce sięgają nawet 11 mld zł.

To skutki zmiany klimatu, które obserwujemy tu i teraz, a nie w jakimś odległym, wyobrażonym scenariuszu – argumentuje. – Bez polityki klimatycznej bylibyśmy na ścieżce do dużo większego globalnego wzrostu temperatur niż jesteśmy obecnie.

Rozłam w prezydenckim zapleczu i głosy z zewnątrz

Inicjatywa referendalna wywołała natychmiastowe reperkusje. Z prezydenckiej Rady ds. Energii i Zasobów Naturalnych odszedł Andrzej Guła, prezes Polskiego Alarmu Smogowego. W liście otwartym napisał: „Wyrzucenie całego konceptu polityki gospodarczej do kosza byłoby ogromnym błędem”.

Zamiast rozmawiać o konkretnych rozwiązaniach, które mogą poprawić jakość życia milionów ludzi w Polsce, brniemy w antagonizujący konflikt – ocenia Guła. – Odejście od konkretnych prac nad tymi rozwiązaniami na rzecz politycznej wojny jest dla mnie rozczarowaniem.

Inni eksperci, jak Michał Hetmański z Fundacji Instrat, przyznają, że polityka klimatyczna UE wymaga korekt, szczególnie wobec przemysłu energochłonnego, ale podkreślają jej strategiczny sens.

Jako Europa nie możemy trwać w zależności od drogich, importowanych paliw kopalnych – mówi Hetmański. – Od zeszłego roku UE daje nowe narzędzia wsparcia dla czystego przemysłu. Dlaczego niemiecki minister finansów przekazuje swoim branżom prawie 2 mld euro, a polski nie chce przeznaczyć na to samo nawet 2 mld zł?

Co dalej?

Senat musi teraz rozpatrzyć wniosek. Jego przyjęcie otworzyłoby drogę do wrześniowego głosowania, które – niezależnie od wyniku – zapowiada się na jedną z najgorętszych debat politycznych tego roku. Czy rzeczywiście uda się „podnieść flagę” i zmienić kurs Unii, jak chcą tego autorzy inicjatywy? Czy może, jak ostrzegają przeciwnicy, „stawiamy ludzi pod ścianę”, zamiast prowadzić merytoryczną dyskusję o przyszłości kraju? Odpowiedź poznamy już niedługo.