Ropa Brent na poziomie 115 dolarów. Czy to już najgorszy scenariusz?
Pixabay.com / Bergadder
Czy świat stoi u progu energetycznego trzęsienia ziemi? Ceny ropy naftowej właśnie wystrzeliły do poziomów, których nie widzieliśmy od czasów wojny w Zatoce Perskiej w 1990 roku. Rynek reaguje panicznie na eskalację konfliktu na Bliskim Wschodzie, a każdy kolejny dzień przynosi nowe rekordy.
Poniedziałkowy szok na rynku
W poniedziałek rano kontrakty terminowe na ropę Brent kosztowały około 115 dolarów za baryłkę. To wzrost o 2,43 dolara, czyli 2,16% w ciągu zaledwie jednej sesji. Ale to nie wszystko – w piątek ceny poszybowały w górę jeszcze mocniej, bo o 4,2%.
Jeszcze większe wrażenie robi skala miesięczna. Ropa zdrożała w tym miesiącu o zawrotne 59%. Jak podaje Reuters, to największy miesięczny skok od ponad trzech dekad, bijący rekordy z czasu konfliktu w Zatoce Perskiej w 1990 roku.
Co napędza tę spiralę?
Bezpośrednim impulsem były wydarzenia z weekendu. Do wojny dołączyli wspierani przez Iran rebelianci Huti, którzy zaatakowali cele w Izraelu. To poszerzyło front konfliktu i wprowadziło dodatkową niepewność na rynkach.
Ale prawdziwym game-changerem jest decyzja Iranu o zamknięciu cieśniny Ormuz. Przez ten strategiczny szlak przepływa około jedna piąta światowych dostaw ropy i gazu. To jak zablokowanie głównej arterii globalnej gospodarki.
„Rynek niemal całkowicie odrzucił perspektywę negocjowanego zakończenia wojny i przygotowuje się na gwałtowną eskalację działań zbrojnych” – powiedziała Reutersowi Vandana Hari, założyciel firmy analitycznej Vanda Insights.
Konflikt się rozszerza
Tu dochodzimy do kolejnego niepokojącego faktu. Jak wskazują analitycy JP Morgan cytowani przez Reutersa, konflikt przestał ograniczać się tylko do Zatoki Perskiej.
Walki rozciągają się teraz na Morze Czerwone i cieśninę Bab el-Mandab – kolejne kluczowe wąskie gardło dla światowego transportu ropy i produktów rafinowanych. To podwójne uderzenie w globalne łańcuchy dostaw.
Czy to już „najgorszy scenariusz”?
Reuters zwraca uwagę, że świat zbliża się do „najgorszego możliwego scenariusza”. Chodzi o sytuację, w której Iran doprowadziłby do zniszczenia infrastruktury energetycznej w całym regionie Zatoki Perskiej.
Mowa o rafineriach, rurociągach, zakładach przetwórczych i terminalach eksportowych. Taka eskalacja mogłaby wywołać poważny globalny kryzys energetyczny i jeszcze mocniej podbić ceny surowców.
„Nawet militarnie udana [dla USA] inwazja byłaby bez znaczenia, jeśli wywołałaby masowe zniszczenie infrastruktury energetycznej, eskalując już poważny kryzys rynkowy do bezprecedensowej globalnej katastrofy energetycznej” – komentuje Reuters.
Co dalej z cenami?
Rynek praktycznie przestał wierzyć w szybkie zakończenie wojny. Nastroje są wyjątkowo niedźwiedzie, a każda informacja o kolejnych atakach lub ruchach wojsk może wywołać kolejne skoki cen.
Kluczowe będzie to, co stanie się w cieśninie Ormuz – a o tym decyduje Teheran. Jeśli Iran utrzyma blokadę lub – co gorsza – zdecyduje się na atak na infrastrukturę energetyczną, możemy mówić o prawdziwym kryzysie na skalę globalną.
Na razie cena 115 dolarów za baryłkę brzmi jak ostrzeżenie. Rynek wysyła jasny sygnał: przygotujcie się na burzę. I wygląda na to, że ta burza dopiero nadchodzi.
O autorze
Analityk rynku, ekspert ds. logistyki i technologii Dziennikarz i analityk specjalizujący się w punktach styku nowoczesnych technologii z gospodarką. Doświadczenie zdobywał m.in. w redakcjach mediów ekonomicznych, gdzie zajmował się obszarem innowacji. Jako współzałożyciel agencji komunikacyjnej oraz były właściciel firmy transportowej, posiada praktyczną wiedzę o kosztach operacyjnych i wyzwaniach współczesnej logistyki. W swoich publikacjach analizuje oficjalne dane makroekonomiczne i raporty branżowe, przybliżając czytelnikom wpływ międzynarodowych regulacji oraz zmian klimatycznych na biznes. Koncentruje się na sektorach e-commerce, energetyki oraz transportu, pomagając przedsiębiorcom zrozumieć, jak nowe technologie i przepisy zmieniają reguły gry na rynku.