Agnieszka Hipś, prezes CLIP Group – największej prywatnej grupy logistycznej w Polsce – nie ma wątpliwości: europejski przemysł motoryzacyjny musi pilnie zmienić strategię, bo chińscy producenci stali się groźną konkurencją. W rozmowie z „Biznes Klasą” szefowa firmy, przez której spółkę przejeżdża co drugie nowe auto sprzedane w kraju, tłumaczy, że wojna cenowa i protekcjonizm to droga donikąd.

Chińskie auta już nie są „niedorobione”

Hipś zwraca uwagę, że jeszcze dekadę temu chiński samochód był, jej zdaniem, technicznie niedopracowany. Dziś – jak mówi – spełnia oczekiwania klientów: jest nowoczesny, dobrze wykończony i po prostu tańszy. Apeluje, by nie obrażać się na konsumenta, który wybiera taki produkt. Jej zdaniem europejscy inwestorzy stoją przed koniecznością rewizji podejścia – utrzymywanie wysokiej marży kosztem jakości i dostępności może oznaczać przegraną z chińską konkurencją, która na badania i rozwój wydaje dziś znacznie więcej niż Europa.

Ostrzega również, że wojna celna to miecz obosieczny. Europejscy i chińscy producenci są często powiązani przez wspólne przedsięwzięcia (joint venture), więc – jak podkreśla – obrażanie się na partnera oznacza, że nikt nie odtworzy zdolności produkcyjnej.

Chińskie koncerny produkują samochody coraz lepsze. One są coraz doskonalsze. Europejczycy produkują takie, jak produkują i mówią, że są obrażeni na to, że w ogóle konkurencja im się na rynku pojawiła. Nie tędy droga – dodaje.

Transport w kryzysie? Rynek się zmienia

Hipś nie zaprzecza, że branża transportowa ma z czym się mierzyć. Towaru jest mniej, dochodzą kolejne kryzysy, a przede wszystkim brakuje kierowców – młodzi ludzie nie chcą wykonywać tego zawodu. Rozmówczyni rozróżnia jednak dwa typy kierowców. Ten, który codziennie chce spać w domu, zarabia i pracuje w niezbyt dobrych warunkach. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja wyspecjalizowanego kierowcy przewożącego nowe auta – to reprezentant firmy, który bierze auto prosto z fabryki, wiezie je przez Europę i musi oddać idealne, na czas. Tacy ludzie zarabiają, według niej, od dwudziestu kilku do trzydziestu tysięcy złotych brutto miesięcznie.

Problemem są też stawki. Hipś mówi wprost, że polski rynek jest trochę zdumpingowany – we Francji czy Niemczech za kilometr płaci się lepiej niż w Polsce. W czasach kryzysu przewozy do Hiszpanii potrafiły kosztować kilka euro za kilometr, wielokrotnie więcej niż krajowe. Odpowiedzią, którą wypracował CLIP, jest transport intermodalny – „tiry na tory”.

W tym modelu rodzinna firma nie musi utrzymywać kierowców na długodystansowe trasy. Naczepy pokonują pociągiem odległości rzędu tysiąca czy dwóch tysięcy kilometrów, a kierowca realizuje tylko krótki dojazd do terminala. Dzięki temu przedsiębiorca ogranicza koszty stałe i – jak podkreśla Hipś – przygotowuje się do obowiązkowej dekarbonizacji transportu, która czeka branżę w kolejnych latach.

Skala imperium i wyzwania rynku

CLIP Group to potęga: 700 tysięcy metrów kwadratowych budynków, 70 hektarów dachu, 1300 własnych pracowników i około 15 tysięcy miejsc pracy. Grupa posiada własne lokomotywy, licencje przewozowe oraz pociągi kursujące m.in. do Barcelony i Duisburga. Jedna z jej spółek, wyspecjalizowana w przewozie nowych samochodów, obsługuje 3000 dealerów i przywozi przynajmniej co drugie auto sprzedane w Polsce.

Hipś zaznacza, że Polska pozostaje krajem wzrostowym, a rynek nowych aut rośnie rok do roku. Widzi jednak groźne tendencje – jak choćby to, że nową firmę chce założyć zaledwie trzy procent Polaków, podczas gdy jej zdaniem pożądany odsetek to kilkanaście lub dwadzieścia kilka procent. Najmocniej krytykuje nadmiar regulacji, który jeden z jej kolegów miał określić mianem „biegunki regulacyjnej”. Opisuje absurd, w którym przepisy traktują urodzajną warstwę gleby jako odpad, a działy compliance zatrudniają po kilkanaście etatów tylko po to, by pilnować bieżącej poprawności prawnej.

Kobieta w męskiej branży

Agnieszka Hipś sceptycznie odnosi się do feminatywów oraz do ustawowych kwot udziału kobiet w zarządach. Jej zdaniem takiego parametru nie da się osiągnąć z dnia na dzień przez dostawienie biurek – trzeba wcześniej przygotować „ławkę rezerwowych”. Zwraca też uwagę, że część kompetentnych kobiet świadomie nie chce awansu na stanowiska kierownicze, bo są matkami i opiekunkami, dla których najważniejszym „produktem w życiu” jest dziecko.

Sama zarządza firmami razem z mężem, spędzając z nim całe dnie, a jej córka bywa w biurze. – To są ogromne kompromisy – wyjaśnia.