Czy można w ciągu kilku lat odwrócić politykę energetyczną, która przez ponad dekadę uzależniała kraj od jednego dostawcy? Węgry stoją przed tym właśnie wyzwaniem po historycznej zmianie władzy. Dane są bezlitosne: w 2025 roku aż 93% importowanej ropy i 95% gazu ziemnego pochodziło z Rosji. To nie jest przypadek, a efekt przemyślanej strategii.

Szokujące liczby zależności

Podczas gdy Unia Europejska konsekwentnie zmniejszała swoją zależność od rosyjskich surowców, Węgry szły pod prąd. Raport Centrum Studiów nad Demokracją pokazuje, że w latach 2021-2025 węgierska zależność od rosyjskiej ropy wzrosła z 61% do 93%. W przypadku gazu fundamentem jest piętnastoletni kontrakt z Gazpromem z 2021 roku.

„Węgry są jednym z nielicznych państw UE, które wciąż utrzymują stabilny, a nawet czasami rosnący wolumen dostaw tego surowca z kierunku rosyjskiego” – stwierdza Michał Paszkowski z Instytutu Europy Środkowej.

Dla porównania: cała UE w tym samym okresie zmniejszyła zależność od importu ropy z Rosji z 25,8% do 2,2%, a gazu z 45% do 12%. Tymczasem na Węgrzech ropa i gaz odpowiadają za ponad 60% całkowitego zużycia energii.

Trzy filary uzależnienia

Dlaczego Węgry tak głęboko zanurzyły się w rosyjskich surowcach? Eksperci wskazują na trzy kluczowe przyczyny.

Po pierwsze, geografia. Jako państwo śródlądowe, Węgry mają naturalnie ograniczone możliwości importu w porównaniu z krajami z dostępem do morza.

Po drugie, technologia. Obie rafinerie koncernu MOL – w Százhalombatta pod Budapesztem i na Słowacji – są przystosowane niemal wyłącznie do przetwarzania bardziej zasiarczonej ropy typu Urals, kupowanej w Rosji.

Ale tu dochodzimy do trzeciego, najważniejszego czynnika: świadomego wyboru politycznego. Od 2010 roku obowiązuje doktryna „otwarcia na Wschód”, która sprzyjała sprowadzaniu surowców przede wszystkim z Rosji.

Atomowy uścisk Kremla

Tu nie chodzi tylko o ropę i gaz. Elektrownia jądrowa Paks dostarcza nawet 40% energii kraju i jest uzależniona od rosyjskiego paliwa. Co więcej, rozbudowa tej elektrownia – Paks II – prowadzona jest przez rosyjski koncern Rosatom.

„W ten sposób Węgry włączają kluczowy element swojego systemu energetycznego w ekosystem technologiczny, który będzie funkcjonował przez co najmniej sześćdziesiąt lat” – przestrzegają eksperci Centrum Studiów nad Demokracją.

Wartość tej inwestycji szacowano nawet na 12 mld euro, a Budapeszt pożyczył na ten cel pieniądze z Rosji. Wyjście z tej współpracy będzie niezwykle trudne.

Czy jest alternatywa?

Nowy premier Peter Magyar zapowiedział dążenie do pełnej niezależności od rosyjskich surowców do 2035 roku. Ale droga do tego celu będzie wyboista.

Dla ropy istnieje potencjalna alternatywa – chorwacki rurociąg Adria. Ten 600-kilometrowy szlak, wybudowany w 1989 roku, mógłby teoretycznie zaopatrywać kluczową rafinerię MOL. Według POLITICO mógłby dostarczać nawet dwie trzecie z 14-15 mln ton ropy przetwarzanej w węgierskich rafineriach.

Z gazem będzie trudniej. Węgry są związane wieloletnimi kontraktami z Gazpromem. Nawet rząd Orbana zaczął szukać alternatyw – podpisano umowy z Turcją i Azerbejdżanem, ale te dostawy zaspokajają jedynie ułamek zapotrzebowania.

Realistyczne perspektywy

Eksperci doradzają ostrożny optymizm. Prof. Robert Rajczyk z Instytutu Europy Środkowej zauważa: „Europa wiele sobie obiecuje po ewentualnej zmianie władzy w Budapeszcie, ale z czysto pragmatycznych względów odejście od importu paliw kopalnych ze Wschodu nie wydarzy się z dnia na dzień”.

Nowy rząd ma jednak mocny mandat polityczny i wsparcie Brukseli. Fiasko „Orbanomiki” – systemu opartego na autorytarnej władzy i uzależnieniu od rosyjskich surowców – pokazało, że ten model nie zapewnia rozwoju. Węgry zaczęły odstawać od innych krajów regionu, takich jak Polska czy Rumunia.

Czy uda się odwrócić tę tendencję? Czas pokaże, ale jedno jest pewne: energetyczna emancypacja Węgier będzie jednym z najtrudniejszych wyzwań nowej władzy.