Statystycznie paliwo w relacji do zarobków jest dziś znacznie tańsze niż 17 lat temu. Za medianową pensję można kupić około dwa razy więcej benzyny niż w 2008 r. A jednak kierowca stojący przy pylonie z ceną 7 zł za litr zwykle myśli coś wręcz przeciwnego. Marcin Mazurek, główny ekonomista mBanku, tłumaczy ten paradoks na łamach Business Insider Polska.

Twarde liczby: jest lepiej, niż się wydaje

Mediana wynagrodzeń w Polsce wzrosła z 2640 zł do 7414 zł między 2008 a 2025 rokiem, czyli niemal trzykrotnie. Ceny paliw rosły w tym czasie znacznie wolniej. W 2008 r. za medianową pensję można było kupić niespełna 620 litrów diesla; 17 lat później to już ponad 1200 litrów. Poprawa objęła właściwie cały rozkład płac. W 2008 r. za pensję z górnego decyla można było kupić czterokrotnie więcej paliwa niż za pensję z dolnego decyla; dziś relacja wynosi mniej więcej trzy do jednego.

Na tle Unii Europejskiej polskie ceny również nie wyglądają najgorzej. Na początku września litr Pb95 kosztował u nas średnio równowartość 1,52 euro, podczas gdy średnia unijna wyniosła 1,84 euro. Taniej było tylko na Malcie i w Szwecji. Więcej płacą kierowcy na Litwie, Słowacji, w Czechach i w Niemczech, a także w Bułgarii, na Węgrzech czy w Rumunii. Najdrożej tankują Duńczycy – około 2,52 euro za litr.

Zarobki zmieniają obraz

Porównywanie samych cen litra nie wystarczy. Według danych mBanku, które przytacza „Rzeczpospolita”, przeciętny Polak może kupić około 766 litrów Pb95, czyli mniej więcej połowę unijnej średniej. Mniej paliwa za swoje zarobki kupią mieszkańcy Słowacji, Węgier, Rumunii, Bułgarii i Grecji. Estończycy mają do dyspozycji prawie 25 proc. więcej paliwa niż Polacy, Niemcy i Francuzi – około 70 proc. więcej, a Austriacy – aż 150 proc. więcej. W bogatszych krajach wyższe ceny rekompensują wyraźnie wyższe wynagrodzenia.

Dlaczego więc nie czujemy, że jest taniej?

Ekonomista mBanku zwraca uwagę, że płace są „lepkie w dół” – rzadko nominalnie spadają. Ceny paliw bywają kapryśne, więc nawet w długim trendzie poprawy zdarzają się okresy, gdy ropa drożeje szybciej niż pensje. Takie epizody zapadają w pamięć mocniej niż lata stabilizacji.

Liczy się też całkowity koszt mobilności, a nie tylko cena litra. Samochód, jego utrzymanie, ubezpieczenie i opłaty parkingowe sprawiły, że udział transportu w budżecie przeciętnego polskiego gospodarstwa domowego wzrósł z około 10 proc. ćwierć wieku temu do 17 proc. obecnie. Do tego doszła suburbanizacja: wiele rodzin zamieniło tańsze metry kwadratowe na droższe kilometry do pracy. W miejscowościach bez komunikacji publicznej samochód bywa przymusem – ekonomiści nazywają to „forced car ownership”. Jeśli paliwo drożeje o 10 proc., taka rodzina nie może z dnia na dzień jeździć o 10 proc. mniej.

Nie mniejszą rolę odgrywa ekonomia behawioralna. Konsumenci oceniają cenę nominalnie, co opisano jako iluzję pieniądza – widzą na pylonie „7,20 zł” i natychmiast klasyfikują to jako tanio albo drogo, bez przeliczania na minuty pracy. Działają też punkty odniesienia: porównujemy cenę z poprzednim tankowaniem, z zeszłego miesiąca czy z wyidealizowanych „normalnych czasów”. Straty bolą psychicznie około dwa razy mocniej niż cieszą zyski. Dochodzi do tego ból płacenia: licznik rośnie na oczach klienta, transakcja jest powtarzalna, a zakup nie daje materialnego przedmiotu.

Wrażenie podbijają media i polityka. Benzyna to jeden z niewielu produktów, którego cenę konsument zna na pamięć i widzi codziennie na wielkich pylonach. Analiza ponad miliona transkryptów sześciu amerykańskich stacji telewizyjnych pokazała, że liczba relacji o cenach paliw gwałtownie rośnie po przekroczeniu nominalnego progu, który realnie z czasem malał. Politycy mają wpływ na akcyzę, VAT i opłaty, więc narzekania kierowców szybko zamieniają się w temat polityczny.

Co dalej z cenami?

Rząd ma ograniczone pole manewru. Ponad połowę ceny Pb95 – około 54 proc. – stanowi koszt zakupu produktu od rafinerii; w przypadku diesla to około 57 proc. Podatki, czyli opłata emisyjna, paliwowa, VAT i akcyza, to łącznie około 43 proc. ceny Pb95, czyli około 3,26 zł z litra. Na ceny wpływają także koszty pracy, energii, lokalne podatki i marże sprzedawców. Tymczasem baryłka Brent przekroczyła 100 dolarów, a eksperci biura Reflex przewidują, że pod koniec września Pb95 może kosztować ponad 8 zł za litr, a olej napędowy może zbliżyć się do 9 zł. Według „Rzeczpospolitej” rząd nie rozważa obecnie ponownego uruchomienia programu CPN, który administracyjnie obniżał ceny paliw w wakacje; pierwsza edycja kosztowała 4,7 mld zł.